Tom czwarty.
Dwie sprawy toczą się jednocześnie. Mamy wypadek samochodowy, czyli wiadomo. Z góry jakoś automatycznie zakładamy. Losowe zdarzenie, prawda? No właśnie okazuje się, że niekoniecznie! Jak to u Lackberg. W niedługim czasie miejsce ma kolejna zagadkowa sytuacja. Pojawia się więc pytanie, czy jest jakiś wspólny mianownik a jeśli jest, to jaki? Policjanci mają pełne ręce pracy co utrudnia im kręcony w miasteczku reality show. Może zabójca kryje się za kamerami? A może jeszcze gdzieś indziej? Obok zawodowej części mamy okazję towarzyszyć Erice i Patrikowi w przygotowaniach do dnia ślubu. Nie pomaga im stres, który jest niewątpliwie spowodowany brakiem prywatności we własnym domu, gdyż wciąż mieszka z nimi siostra Eriki z dziećmi. Ale z drugiej strony... pomoc jest na wyciągnięcie ręki, a organizacja może jeszcze pogłębić ich relacje. Może, prawda?
Bardzo lubię tę serię. Jest niesamowicie wciągająca i interesująca. Jednak do tego tomu nie poczułam mięty. Wydawał mi się jakoś niezręcznie spięty w całość. Mam wrażenie, że fabuła się bardzo rozjechała.
Ale po przeczytaniu dwóch kolejnych tomów stwierdzam, że „Ofiara losu” to tylko chwilowy, póki co tak sądzę” spadek formy autorki.
Niebawem recenzje „Niemieckiego bękarta” i Syrenki”.
A ja po zakończeniu w zeszłym tygodniu lektury wyżej wymienionego tytułu... już zdążyłam zatęsknić. To coś znaczy, prawda?
Komentarze
Prześlij komentarz