W drugim tomie serii „Wilczy dwór” cofamy się w czasie, by poznać Konstancję w najtrudniejszym momencie jej życia. Pełna bólu, rozpaczy oraz pustki po stracie ukochanego męża musi zakasać rękawy i udowodnić sobie i innym, że może stać się godną władczynią w dworze. Nie ma łatwo bo jest kobietą. Straszne? Ale prawdziwe... do bólu. Oddana swej pani Pelasia a także zarządca Hieronim odgrywają tutaj kluczowe role. Jako pierwsi dostrzegają czające się niebezpieczeństwo. Są również prawą ręką Konstancji, chociaż to wszystko nie jest wcale proste. Jednak hart ducha, zapał, zawziętość i otwartość na ugodę, ustępstwa pani w Wilczym Dworze budzi taki podziw, że trudno w końcu nie przekonać się do kobiecych rządów.
Nie sposób nie być pod ogromnym wrażeniem nad wykreowaną główną bohaterką serii. Wyłania się przed nami kobieta, którą trudno już złamać. Matka gotowa walczyć o dobro dzieci. Kobieta z zasadami.
Rewelacyjna historia! Zerkam sobie na lubimy czytać i widzę, że część czytelników jest zdezorientowana faktem, że „Narodziny wilczycy” to retrospekcja. Ja nie podzielam. Bardzo się cieszę, że Magdalena zdecydowała się wtajemniczyć nas w to, co było wcześniej. Uważam, że przez ten zabieg wszystko stało się już teraz, po lekturze drugiego tomu, pełniejsze. Z przyjemnością sięgam po „Czas nadziei”. Ta powieść nie mogła dotrzeć do mnie w bardziej właściwym momencie roku.
Kiedyś Wilczy Dwór był dla mnie mało ciekawy. Teraz nie mogę się od niego odkleić a zarazem odkładam książkę bo nie chcę, aby się skończyła... to zrozumie tylko drugi czytelnik.
Komentarze
Prześlij komentarz