Od kilku miesięcy czytam serię „Siedem sióstr” Lucindy Riley i im bliżej końca, tym pojawiał się niepokój, czy kiedykolwiek jeszcze przyjdzie mi poznać coś tak dobrego. Wydawnictwo Albatros trochę mnie uspokoiło wspominając, że saga autorstwa Sorayi Lane też jest godna poznania i zauroczenia. Chcąc to sprawdzić wzięłam do rąk „Córkę z Włoch”. Co mogę powiedzieć? Mieli rację!
Akcja toczy się dwutorowo. W teraźniejszym czasie mamy kobietę, która zostaje, zupełnie niespodziewanie, wezwana do kancelarii adwokackiej. Tam otrzymuje zagadkowe pudełko z pamiątkami znalezione w domu kobiety, która niegdyś prowadziła placówkę dla samotnych matek. Okazuje się, że jej babka tam właśnie się urodziła...
W pudełku dziewczyna odnajduje program teatralny z Mediolanu. Nie namyślając się długo Lily wyrusza w podróż do Włoch by podjąć pracę w jednej z winnic a obok tego jest to szansa na poznanie swoich korzeni. Na jej drodze staje Antonio, przystojny Włoch, który chętnie otacza ją opieką i pomocą. Ramię w ramię idą w stronę odpowiedzi na pytania o przeszłość Lily i życie jej babki.
Mamy również zachwycające opisy z przeszłości, które podbiją serca wszystkich czytelniczek!
Seria ma liczyć osiem tomów. Będzie co czytać. Nie ukrywam, bardzo się cieszę. Piękna okładka powieści skrywa piękną treść. Lane serwuje czytelniczkom świat, w którym można się śmiało zatracić. Uwielbiam i polecam.
Oddycham z ulgą, że po „Siedmiu siostrach” mam „Utracone córki”. To wspaniałe uczucie, że jeszcze literacko tyle przede mną!
Komentarze
Prześlij komentarz