Tekst powstaje we współpracy z Wydawnictwem Filia. Dziękuję za egzemplarz książki.
Zawsze gdy słyszę hasło „Włochy” zaczynam wspominać swój pobyt tam. Piękne dni, piękne krajobrazy. Chciałabym wrócić.. i dzięki książkom mogę uczynić to już teraz. Wczoraj zakończyłam lekturę „Miłość, wino i mój były” Pani Moniki Hakowskiej. Wydawało się, że zaserwuje mi ona „wypad” do Włoch. Miałam jakąś dawkę nadziei, iż poczuję tamtejszy klimat. Czy to się udało? Trochę tak. Jak dla mnie opisów tamtejszej przyrody, trattorii albo po prostu krajobrazów mogłoby być zdecydowanie więcej.
Dla Eleny pozew rozwodowy to kompletny szok, który zaserwował jej jeszcze mąż. W celu nabrania dystansu i oddechu wraz ze swoją przyjaciółką Julią wyjeżdża do Włoch. A konkretnie do ośrodka złamanych serc, gdzie nie sposób posmakować błogiego lenistwa na dłuższą metę. Gdzieś między kolejnym kieliszkiem wina a sesją jogi Elena poznaje fascynującego Alexa. Mężczyznę, który pojawia się, by zaraz zniknąć...
Niesamowicie lekka fabuła pozwala na błyskawiczną lekturę. Co było dla mnie tutaj zaskoczeniem to to że bardziej „poczułam” Londyn niż Włochy. Mimo, że to Toskanii jest zdecydowanie więcej. Z przyjemnością sięgnę po inne książki Pani Moniki w poszukiwaniu tego właśnie londyńskiego klimatu, który, uważam, zarysowała świetnie. No i to Nothing Hill! Ach!

Komentarze
Prześlij komentarz