Jakiś czas temu po raz kolejny wyruszyłam w podróż, której przewodniczyła Soraya Lane. Nie zawiodłam się. Miałam okazję obserwować losy kolejnych bohaterów i wygrzać się w arentyńskim słońcu, które świeci jakby mocniej. W ogóle w tej i innych powieściach z serii „Utracone córki” wszystko zdaje się być intensywniejsze. Jeśli nie macie jeszcze letniej listy czytelniczej, zachęcam, aby wpisać na nią właśnie tę autorkę. Nie zawiedziecie się.
Jak każda poprzednia „Córka” tak i ta jest utrzymana w takim samym schemacie. W londyńskiej kancelarii spotykają się kobiety. Są dla siebie całkowicie obce, chociaż w późniejszym czasie się to trochę zmienia. Otrzymują tam pudełka, których zawartość prowadzi je w zaskakującą przeszłość. W niniejszej pozycji przychodzi nam poznać Rose. Wraz ze śmiercią mamy przychodzi do niej gorzka myśl: „Jestem całkiem sama”. Ale zmienia się to za sprawą najpierw figurki konia, którą znajduje w podarowanym jej pudełku, a potem następuje szereg innych wydarzeń, jakie mają szansę w jakimś stopniu zaleczyć jej opuszczone serce. Takim oto sposobem dziewczyna trafia do Argentyny, gdzie poznaje Benjamina, który wprowadza ją w tamtejsze życie. Rose odkrywa też łapiącą mocno za serce historię kochanków z przeszłości...
Przepiękna, jak każda poprzednia. Nie ma odpowiednich słów, by to wyrazić. Myślę, że jedynie samodzielne smakowanie lektury może to dobrze zobrazować. Uwielbiam i bez wątpienia, z czystym sercem polecam wszystkim miłośniczkom literatury obyczajowej. Jeśli chcecie przeczytać słoneczne, napawające optymizmem historie – te będą idealne.

Komentarze
Prześlij komentarz