Już dawno nie miałam okazji przeczytać tak dobrej historii, w której odnalazłabym tyle natury, roślinności, a te tylko rozpalały moją wyobraźnię. Pewnie to był idealny moment właśnie na nią. Pewnie wcześniej, albo i później, odebrałabym ją już inaczej. „Wielka samotność” to opowieść naznaczona trudem, walką o dobre jutro, które nie jest oczywiste mając przy sobie zupełnie nieobliczalnego człowieka.
To wszystko staje się codziennością dla Cory i Leni. Kiedy ojciec dla jednej a mąż dla drugiej, Ernst, wraca do domu po wojnie w Wietnamie szybko podejmują decyzję o zmianie miejsca zamieszkania. Alaska staje się nowym centrum ich świata. Na początku cała trójka oddycha z ulgą, bo czuje, jakby „złapała Pana Boga za nogi”. Jest cudownie. Ale niestety ten stan nie trwa wiecznie. Zła kondycja psychiczna ojca ma negatywny wpływ na najbliższych i skutecznie odbiera poczucie bezpieczeństwa. Zamiast niego do Cory i Leni z całą mocą dociera niczym niezmącony fakt, że są tutaj same. Pomimo dość zgranej społeczności dom jest mocno oddalony od reszty... a Ernst... na niego liczyć nie sposób.
Obok tego Leni usiłuje żyć normalnie, ale kiedy zaczyna pałać sympatią do chłopaka, który jest synem „wroga” jej ojca, wszystko jeszcze mocniej trzeba ukrywać...
Cóż to za wielka opowieść!
Czyta się cudownie! Losy bohaterów wciągają tak, że nie oderwiecie myśli od treści choć na chwilę. A po przeczytaniu całości... szybko nie pożegnacie się z postaciami i całą zapierającą dech w piersiach otoczką.
Zachęcam. Warto się zanurzyć na chwilę w całkiem inny świat.

Komentarze
Prześlij komentarz