Dawno nie czytałam nic tej autorki. Z czego to wynika? Trudno powiedzieć. Pewnie czekałam na TEN czas, TEN moment, który nadszedł niespodziewanie. Książkę przeczytałam z polecenia, za które dziękuję, bo okazało się, że chwile z powieścią mają szansę zapaść mi w pamięć głębiej. Na dłużej. Jest możliwość, iż nie zapomnę o niej jutro. I jest realna możliwość, że czegoś mnie nauczyła.
„All your perfects...” to historia, której się nie spodziewałam. Myślałam, że Colleen Hoover równa się lekkie obyczajówki z zabarwieniem miłosnym, a może nawet erotycznym. Tymczasem tutaj poznajemy ludzi, którzy z biegiem wspólnego życia, w tym małżeńskiego, gdzieś zatracają niesamowicie ważną zdolność do wdzięczności i radości z małych rzeczy. Wszystko zaczyna się od zdrady. Oboje muszą się po niej otrząsnąć i okazuje się, że w swoim towarzystwie jest im łatwiej. Z czasem zaczynają budować wspólny świat. Graham i Quinn, bo to o nich mowa, są ze sobą bardzo szczęśliwi. Niestety, do czasu...
Co się wydarzy, kiedy do ich związku wejdą sytuacje piątej i szóstej kategorii? Czy każdy sztorm można przetrzymać? I wyjść na suchy ląd nadal razem?
Wczoraj na Instagramie pisałam, że to książka ku przestrodze, którą „powinna” przeczytać każda kobieta, nie tylko przed ślubem. Bo myślę sobie, że pod problemy głównych bohaterów śmiało możemy podpiąć nasze. I wyhamować, jeśli „zafiksowaliśmy” się na czymś zbyt mocno. Kolejna książka, która jasno pokazuje, żeby patrzeć blisko... bo sięgając daleko, do tego, czego jeszcze nie ma, a może nigdy nie będzie, można wiele stracić...
To moje pozytywne zaskoczenie na początku roku. Mam nadzieję, że będzie takich więcej.

Komentarze
Prześlij komentarz