Tom czwarty Sagi Krynickiej.
Wczoraj zakończyłam lekturę powieści „Uroki promiennych dni” i czuję smutek, ale i wdzięczność. Smutek, że to już koniec, nie spotkam przyjaciół z Krynicy. Na prawdę mocno zżyłam się z nimi. Z zapartym tchem śledziłam ich losy, a przede wszystkim Teodozji. To kobieta petarda! Wdzięczność, iż miałam przyjemność poznać te książki. Było to moje pierwsze tak długie spotkanie z twórczością Pani Edyty Świętek.
Podejrzewałam kiedyś, że jak już wezmę się za czytanie jej powieści, zacznę od sagi „Spacer Aleją Róż”. Czeka już tak długo na swoją kolej... a tutaj jednak wystartowałam z Krynicy. Nie żałuję ani chwili. To była fantastyczna przygoda. Tak subtelnej, delikatnej, kobiecej serii dawno nie czytałam. Polecam!
Na pełny powrót do normalności bohaterowie muszą jeszcze „chwilę” poczekać. Aurelia doczekała czasów, kiedy jej dzieci i wychowankowie zaczynają stawiać coraz śmielsze kroki w dorosłym życiu. Przychodzą też trudne momenty, w których musi pożegnać kogoś ostatecznie. Niepokoi się o swoich najbliższych i z utęsknieniem wyczekuje powrotu Teodozji, która, jak wiadomo, chodzi swoimi drogami. Dziewczyna wciąż pracuje we Lwowie na stanowisku pielęgniarki i nadal uważa, że nie zasługuje na szczęście, ale czy na pewno? Krynica ukazana w książce jest niesamowicie barwna. Pojawiają się znane osoby, które mamy szansę „podejrzeć” z bliska. Jest również mój ulubiony Nikifor. Mężczyzna nieustannie oddany malarstwu. Gdybym miała jego upór... Zdaje się, że malarz doczekał czasu, kiedy los zaczyna się do niego uśmiechać...
Dziękuję autorce, że zabrała mnie w taką podróż. Była Pani wspaniałym przewodnikiem. Już wykupiłam kolejne wycieczki! Teraz czas na Sandomierz!

Komentarze
Prześlij komentarz