W minionym roku udało mi się przeczytać kilka książek świątecznych, które zalegały na półce już dłuższy czas. Między nimi był właśnie „Skok na milion”. Zastanawiałam się nawet, dlaczego nie ciągnie mnie do tej powieści tak bardzo, jak do innych tej autorki. Wydawało mi się to dziwne i zaskakujące. Po lekturze chyba mogę nieśmiało stwierdzić, że chyba coś czułam...
Wszystko zaczyna się w poranek, kiedy to rodzina otrzymuje wiadomość o śmierci Maurycego. Nieważne gdzie są i czym się aktualnie zajmują, jest to tak istotna wieść, że dosłownie rzucają wszystko i ruszają do domu nieboszczyka. Gdy już się spotykają, burzy mózgów nie ma końca. Każdy chce odgadnąć co Maurycy zapisał w testamencie, owianym póki co legendą i tajemnicą. „Gra” toczy się o wysoką, w ich mniemaniu, stawkę. Czy mają rację? Czy ten szum jest tego wart?
Rodzina ma spędzić ze sobą świąteczny czas, ale jak wszystko dobrze przygotować, kiedy każdy jest myślami przy spadku, roztrząsa go, tworzy nowe możliwości... Bo to gorący temat. Każdy chce pokazać się z jak najlepszej strony, ponieważ ma niejasne, niczym niepodparte wrażenie, że między innymi tym da sobie szansę na zgarnięcie … no właśnie? Czego tak naprawdę?
Uwielbiam książki tej autorki. Zwykle połykam w dwa dni i jestem w pełni usatysfakcjonowana. Niestety, tym razem było inaczej. Czuję, że ta historia była słaba. Chociaż zakończenie mnie trochę zaskoczyło ,to po drodze odczuwałam znudzenie, co w przypadku Pani Krystyny nigdy się nie zdarzało. Myślę, że „Skok na milion” mógłby uchodzić za po prostu historię obyczajową, nie świąteczną. Nie wyczułam tutaj tego wyjątkowego klimatu...

Komentarze
Prześlij komentarz