Tekst powstaje we współpracy z Wydawnictwem Znak. Dziękuję za egzemplarz przeznaczony do recenzji.
Stella i Bastian są małżeństwem, które jeszcze czeka na pełnię szczęścia. Brakuje im tupotu małych stópek bo podłodze ich mieszkania. Aby jakoś spróbować „zabić” ciszę domu, serca mężczyzna przynosi do domu Bajkę, psa corgi, który świetnie zgrywa się ze swoimi właścicielami. Pomaga w trudnych momentach, tuli się dając tym samym pociechę. W momencie, kiedy umiera mama Stelli i pada podejrzenie, że dziewczyna może być poważnie chora, w ich życiu zaczyna się dziać tak wiele, że nie dostrzegają w pierwszej chwili, że Bajka znika...
Pies zaczyna wędrówkę. Nie jest ona przypadkowa. Zawsze pojawia się blisko ludzi, którym może pomóc. Czy wróci na czas do właścicieli?
Panią Katarzynę Michalak czytuję już bardzo długo. Niektóre serie wciąż noszę w pamięci, inne kojarzę tylko przez mgłę. Kiedy w zapowiedziach zobaczyłam tę powieść, pomyślałam, że muszę przeczytać, bo znam jej świąteczne historie i nigdy się na nich nie zawiodłam. Choćby i poprzednią wciąż wspominam jako tę, która aż ocieka śniegiem i jakąś ciepłą atmosferą. A o „Była sobie miłość” to już nawet nie będę się rozwodzić. Była fantastyczna. Przemknęło mi gdzieś przez myśl, że może „Była sobie radość” to jej kontynuacja... wszak bohaterowie naprawdę mają powody do radości. Jednak nie. Jest to odrębna historia, choć można dopatrzeć się podobieństw. Niestety nie tam, gdzie mogłoby się to okazać wskazane. Nie znalazłam tutaj ciepła, miłości i całej reszty pozytywnych emocji, których szukamy, nie tylko, w książkach świątecznych. „Była sobie radość” zapisuje się w mojej pamięci jako pusta i … zimna? Hmm, może to dobre słowo?

Komentarze
Prześlij komentarz